Zanim zgubi nas rutyna
Rozmowa Kamili Tobolskiej z José H. Prado Floresem o wyzwaniach stojących dzisiaj przed Kościołem, podążaniu nowymi drogami w ewangelizacji oraz o potrzebie pozbywania się „krów”.

José H. Prado Flores, znany także jako Pepe Prado, urodził się w 1947 r. w Mexico City. Mąż Susan, ojciec czworga dzieci. Świecki ewangelizator, w spotkaniach z którym na całym świecie uczestniczą tłumy ludzi. Odwiedził 56 krajów. Założyciel Szkoły Ewangelizacji Świętego Andrzeja, która obecnie, po przeszło trzydziestu latach istnienia, posiada ponad 2 tys. gałęzi – szkół działających na pięciu kontynentach. Uczestnik ubiegłorocznego XIII Zwyczajnego Zgromadzenia Ogólnego Synodu Biskupów poświęconego nowej ewangelizacji. Autor ponad 40 książek, w tym 14 przetłumaczonych na język polski, m.in. Formacja uczniów, Jak głosić Jezusa, Effata! Otwórz się! i Jezus Chrystus uzdrowiciel mojej osoby. Najnowszą, podsumowującą lata jego doświadczeń ewangelizacyjnych, zatytułowaną Nowi ewangelizatorzy dla Nowej Ewangelizacji, wydało właśnie Wydawnictwo Święty Wojciech.

 


Podczas jednego z ostatnich spotkań z Polakami mówił Pan, że jesteśmy jako naród uprzywilejowani, że czuje Pan w naszym kraju żywą wiarę. Jak możemy wykorzystać ten nasz potencjał?

– Rzeczywiście, w Polsce, podobnie jak w Meksyku, bardzo żywe są praktyki pobożnościowe i kładziony jest na nie duży nacisk. Ale tu od razu pozwolę sobie zauważyć, że nie zawsze w ich centrum stoją Chrystus i Pismo Święte, a to przecież jest najważniejsze. Nie chodzi bowiem o to, aby wypełniać różne praktyki pobożnościowe, tylko być osobą zewangelizowaną i ewangelizującą. Należy więc głosić Ewangelię, i to na wszystkich areopagach.



Dziś mówi się przede wszystkim o potrzebie nowej ewangelizacji. A co to w ogóle znaczy, według Pana, że ewangelizacja ma być nowa?

– Trzeba najpierw zaznaczyć, że nowa ewangelizacja musi być nowa i jednocześnie musi pozostać ewangelizacją, czyli głoszeniem dobrej nowiny o Chrystusie, który umarł za nas, zmartwychwstał i żyje między nami. A co to znaczy, że ewangelizacja ma być nowa, pokazuje nam fragment Ewangelii według św. Jana, w którym czytamy, jak apostołowie całą noc łowili ryby na Jeziorze Galilejskim i nic nie złowili. Cały czas zarzucali sieci z lewej strony łodzi, co było u nich zwyczajem, którego nikt nie próbował zmienić. Wówczas przyszedł do nich Jezus i powiedział: zarzućcie sieć po drugiej stronie. Efekt był taki, że złapało się w nie tyle ryb, iż nie byli w stanie ich wyciągnąć.

Teraz właśnie jest ten czas, żeby zarzucić sieci w nowy sposób. Mam świadomość, że trudność nie polega tu na samym zarzuceniu sieci z drugiej strony łodzi, ale na rezygnacji z pewnych naszych przyzwyczajeń, które stały się dla nas rutyną. Wykonujemy je bezrefleksyjnie, a to sprawia, że gaśnie w nas płomień kreatywności i męczy nas, wręcz dusi monotonia. Potrzebny jest więc odświeżający powiew Ducha Świętego, bez którego nie może być mowy o nowej ewangelizacji. Musimy zrezygnować ze schematów i działań, które nie przynoszą obfitych owoców.

Warto też zauważyć, że samo słowo „ewangelizacja” to nie jest rzeczownik, jakaś koncepcja do dyskusji czy refleksji, ale czasownik, forma aktywna. Chodzi bowiem o ewangelizowanie, a więc podejmowanie działań, które będą czyniły Chrystusa obecnym w tym świecie. A dzisiejszy świat ma ogromne pragnienie transcendencji. Jedyną odpowiedzią dla niego jest żywy Jezus, który chce z nami dzielić swoje życie. My mamy być tego świadkami.



A kiedy poczuł Pan po raz pierwszy, że Ewangelię trzeba głosić nowymi metodami?

– Taki już jestem, zawsze szukam nowych dróg. Nie chcę się przywiązywać do różnych rzeczy czy zwyczajów. W 1980 roku utworzyłem w Meksyku Szkołę Ewangelizacji św. Andrzeja. Teraz jest ona obecna w ponad 60 krajach świata. Ostatnio dowiedziałem się, że inicjatorami jej powstania w Danii byli Polacy, podobnie jak wcześniej w Grecji. Cały czas tworzymy wokół szkoły pewną kulturę: staramy się być kreatywni, oryginalni i wciąż szukać nowych metod. Naszą podstawową zasadą jest to, że uczymy się ewangelizować, ewangelizując. Nie poprzez uczestnictwo w kursach, rekolekcjach, nie poprzez czytanie książek. Uczymy się ewangelizować na polu ewangelizacji. Tak samo jak uczymy się pływać, pływając.



Co według Pana jest najważniejsze w nowej ewangelizacji?

– Po pierwsze, nie może ona skupiać się tylko na warstwie zewnętrznej, być jak lakier czy makijaż. Nasze działania musimy podejmować w rzeczywiście w inny, nowy sposób. Jeżeli bowiem będziemy robić tylko to wszystko, co robiliśmy do tej pory, otrzymamy identyczne rezultaty. Musimy spróbować podjąć ryzyko i zacząć używać nowych metod. Ale wejść na nowe ścieżki to nie wszystko. Przede wszystkim powinniśmy pozostawić nasze przyzwyczajenia do utartych wzorców i zachowań. Choć mam świadomość, że trudno jest pozostawić tradycyjne ścieżki. Mówiąc obrazowo: żeby użyć nowych butów, muszę wyrzucić stare.



Zdobycie się na taki krok wymaga sporej odwagi...


– Owszem, ale na pewno przyniesie on wspaniałe owoce. Dobrze pokazuje to jedna z moich ulubionych historii:

Pewien bogaty człowiek chciał pokazać swojemu synowi, jak żyją ludzie biedni. Po męczącej, całodziennej wędrówce dotarli w końcu niewielkiej chatki. Jej mieszkańcy przyjęli zdrożonych wędrowców pod swój dach i ugościli smacznym twarogiem. Następnego dnia rano poczęstowali ich natomiast świeżym mlekiem i śmietaną. Bogacz zdziwiony brakiem urozmaicenia w podawanych posiłkach zapytał gospodarzy, dlaczego mając wokół tyle żyznej ziemi, nie uprawiają jej i nie korzystają z plonów, jakie mogłaby wydać. W odpowiedzi usłyszał, że nie widzą takiej potrzeby, bowiem mają krowę, która daje im wszystko, czego potrzebują, aby przeżyć kolejny dzień. Nie docierały też do nich argumenty, że postępując w ten sposób, nie tylko tracą bogactwa, jakimi są hojnie obdarowani w tym miejscu przez naturę, ale też, że zawsze będą biedni.

Kiedy wędrowcy opuścili gościnny, ale ubogi dom, zobaczyli ową krowę. Wówczas ojciec rozkazał zaskoczonemu synowi, aby strącił zwierzę do wąwozu, na którego skraju się pasło. Syn oponował, przekonując, że krowa jest przecież jedynym źródłem utrzymania dla rodziny, która ugościła ich najlepiej, jak mogła. W końcu jednak usłuchał ojca, gdy wyjaśnił mu, że to właśnie przez tę krowę ci ludzie tak naprawdę nic nie mają.

Po latach syn bogacza, którego dręczyły wyrzuty sumienia, postanowił odszukać tę rodzinę i wynagrodzić jej to, że w taki sposób odpłacił się za gościnę. Długo jednak błądził po okolicy, nie mogąc odnaleźć tego miejsca. W końcu dotarł do jakiegoś zamożnego gospodarstwa, położonego wśród obsianych zbożem pól i sadów owocowych, i tam postanowił zasięgnąć języka. Kiedy wprowadzono go do pięknego dworku, jego właścicielka rozpoznała w nim jednego z owych wędrowców, którzy przed laty odwiedzili jej rodzinę mieszkającą wówczas w ubogiej chacie. Na pytania gościa zaskoczonego tak ogromnymi zmianami, jakie tu zaszły, wyjaśniła mu, że to wszystko dzięki temu, iż stracili swoją jedyną krowę. Kiedy bowiem zostali z niczym, musieli znaleźć inny sposób na życie i odkryli w sobie nieznane dotąd możliwości.

Każdy z nas musi więc postawić sobie pytanie: Co jest dla mnie „krową”, którą muszę wrzucić do wąwozu? Dopóki nie będziemy mieli odwagi, żeby to uczynić, nie będziemy mieli nowej ewangelizacji. Pozostaje też pytanie, czy mamy odwagę iść tą profetyczną drogą, którą zapowiedział bł. Jan Paweł II, czy chcemy jedynie pozmieniać niektóre, niezbyt ważne sprawy w naszym życiu?



No tak, pozbycie się swojej „krowy” zapewne nie jest łatwe. A z jaką największą trudnością zetknął się Pan podczas tylu lat ewangelizowania?

– Największy problem stanowią osoby, które uważają, że są już zewangelizowane. A tak naprawdę wcale tak nie jest. To one mają największy opór przed ewangelizacją. To właśnie ci ludzie uważają, że nie potrzebują już nawrócenia. Wydaje im się, że jeśli skończyły odpowiednie studia i mają odpowiedni tytuł, to już jest wszystko.



Ewangelizował Pan już w prawie 60 krajach świata. Gdyby spróbować postawić diagnozę dzisiejszemu Kościołowi, to co – Pana zdaniem – jest jego największą słabością?

– Moja diagnoza jest następująca: przypominamy Maryję i Józefa, którzy poszli z dwunastoletnim Jezusem na pielgrzymkę do świątyni w Jerozolimie. Wracali z niej bardzo zadowoleni, wypełnili bowiem wszystkie przepisy religii i prawa mojżeszowego. Najistotniejsze jest jednak to, że nie było wówczas z nimi Jezusa. Zapomnieli o Nim, zostawili Go w świątyni. Niestety, wielokrotnie tak właśnie wydarza się w Kościele katolickim. To dosyć mocne słowa, ale mówię o tym, ponieważ kocham swój Kościół. Często świętujemy, respektujemy tradycję i wypełniamy różne akty pobożnościowe, ale zapominamy o najważniejszym – o Jezusie.



Czy to dlatego – według Pana – ludzie odchodzą z Kościoła, że nie potrafią dostrzec w nim Jezusa?

– Faktem jest, że w Ameryce Łacińskiej wiele osób przenosi się do innych chrześcijańskich grup wyznaniowych. Pewnie w nich odnajdują to, czego nie znaleźli w Kościele katolickim. W Europie jest prawdopodobnie jeszcze gorzej, bo ludzie zostawiają Kościół i nie idą nigdzie. Najgorsza natomiast jest taka sytuacja, kiedy ktoś zostaje w Kościele katolickim, ale opuszcza Jezusa. Papież Franciszek mówi bardzo wyraźnie, że istnieją dwa rodzaje katolików: ci, którzy mają Chrystusa, i ci, którzy Go nie mają w sercu. I to jest, moim zdaniem, najważniejsze wyzwanie, które obecnie stoi przed Kościołem katolickim.



Jak mu sprostać?

– Trzeba odpowiedzieć na ogromną potrzebę formowania nowych ewangelizatorów, dla których Jezus zawsze będzie w centrum. On jest bowiem naszym jedynym Panem i Zbawicielem. Jeśli to zrozumiemy, nasz Kościół będzie odnowiony. Jeśli zgubimy Jezusa, tak jak Maryja i Józef, to stracimy kerygmat, jak wydarzyło się to pięć wieków temu wraz z nadejściem reformacji. Jedyne, co możemy zrobić w tej sytuacji, to wrócić do Jerozolimy, tak jak zrobili to Maryja i Józef, ponieważ tam jest pusty grób Jezusa Zmartwychwstałego.



Czyli nie możemy mówić o nowej ewangelizacji bez nowych ewangelizatorów.

– Dokładnie. Papież Paweł VI mówił, że Kościół musi być najpierw ewangelizowany, a potem ewangelizujący. Jeżeli tak nie będzie, pozostaniemy tylko na etapie mówienia o moralności, sakramentach czy aktach pobożnościowych.

Ci, którzy spotkali już osobiście żywego Jezusa, otworzyli Mu drzwi swojego serca. Jak zachęcał na początku swojego pontyfikatu bł. Jana Paweł II, aby wszedł On do ich życia, muszą również otworzyć drzwi po to, aby wyszedł z nich do innych ludzi. Tak jak mówi dziś papież Franciszek: Musimy skończyć z patrzeniem tylko na samych siebie i wyjść, żeby ewangelizować. I właśnie to próbujemy robić i robimy w Szkole Ewangelizacji św. Andrzeja. Formujemy nowych ewangelizatorów, którzy podejmą to zadanie. Nowe wino, jak nauczał Jezus, trzeba wlewać do nowych bukłaków. Potrzebujemy więc „nowych bukłaków” dla nowej ewangelizacji. Staramy się przy tym pamiętać, że ewangelizować to znaczy głosić dobrą nowinę o miłości Boga, szczególnie do grzeszników i ubogich. Bóg bowiem tak bardzo umiłował świat, że zesłał swojego Syna, aby nas zbawić. Tymczasem wydaje się, że zgubiliśmy w Kościele siłę ewangelizującą pierwszego głoszenia, czyli to, co nazywane jest kerygmatem. Stąd też stoi przed nami wezwanie, żeby ją odzyskać.



Dla tych, którzy jeszcze tego nie wiedzą, wyjaśnijmy, czym jest kerygmat.

– Mówiąc krótko, to świadectwo. Nie jest to żaden kurs czy wykład teologiczny, ale to głoszenie dobrej nowiny o Tym, który umarł, zmartwychwstał za nas i daje życie w obfitości wszystkim, którzy wierzą w Jego Imię. To siła ewangelizacji, wyznawanie Go w chwale z trzema tytułami: Zbawiciel, Pan, Mesjasz. Kerygmat jest jak krzyk, swoista eksplozja świadectwa od wewnątrz, która następuje wówczas, kiedy ktoś naprawdę spotkał Jezusa i przez to doświadczenie zmieniło się jego życie. Taki człowiek jest przekonany, że jeżeli Pan uczynił to wobec niego, to znaczy, że może zmienić także życie innych osób i po prostu mówi im o tym. Jeżeli natomiast ktoś, kto głosi kerygmat, sam nie przeżył osobistego spotkania z Jezusem Zmartwychwstałym, robi tylko propagandę.



Mam jednak wrażenie, że do tej pory w Kościele niewiele mówiło się o kerygmacie...

– Jeśli mogę, podzielę się w tym miejscu moim spostrzeżeniem dotyczącym Kościoła katolickiego w Polsce. Bardzo wiele miejsca poświęca się w nim katechezie, a bardzo niewiele głoszeniu kerygmatu. Koncentruje się on na doktrynie, a nie na Jezusie, za bardzo mówi o sprawach związanych z moralnością, a za mało o sprawach Bożych. Tymczasem, kiedy nie ma Słowa Bożego, nie ma też Jezusa. Przypomnę, że św. Hieronim, jeden z wielkich ojców Kościoła, mówił wprost, że nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa.

Uczestniczę w bardzo wielu, różnych spotkaniach katolickich, w czasie których Słowo Boże nie jest obecne. Są kościoły, w których znajdują się różne obrazy, wizerunki świętych, aniołów. Jest w nich wszystko, ale nigdzie nie można znaleźć miejsca, w którym byłaby wystawiona Biblia. W zeszłym roku brałem udział w Synodzie Biskupów poświęconym nowej ewangelizacji i niestety, prawie nikt z jego uczestników nie nosił ze sobą Pisma Świętego. Wydaje mi się, że jest to wielka słabość Kościoła katolickiego – brak obecności Słowa. Bardziej opieramy się na naszych praktykach, prawie kanonicznym, dokumentach Soboru Watykańskiego II niż na Słowie Bożym. Nie zbawimy się przez kilogramy, które ma katechizm. Zbawia nas kerygmat. Nie zapominajmy, że katecheza jest po to, żeby oświecać umysł, kerygmat zaś przenika serce. Dlatego najpierw powinniśmy głosić kerygmat, a dopiero potem przychodzi czas na katechezę.

Przyznam się, że podczas synodu powiedziałem biskupom, iż pedagogika wiary jest jak mecz piłkarski. W pierwszej jego połowie mamy do czynienia z kerygmatem, a w drugiej – z katechezą. W pierwszej grają ci, którzy mają doświadczenie spotkania z Jezusem i głoszą Dobrą Nowinę. W drugiej dodatkowo zawodnicy muszą być katechistami i teologami. A mecz piłkarski wygrywa się w drugiej części. Przypomniałem też biskupom, że są trenerami tych grających drużyn. Ale żeby być dobrym trenerem, wcześniej samemu trzeba grać. Wiem, że nie były to łatwe słowa i pewnie nie zaproszą mnie więcej na synod (śmiech).



Nowy program duszpasterski Kościoła w Polsce zaleca, aby rekolekcje kerygmatyczne odbyły się w każdej parafii po to, by ożywić nasze wspólnoty. Jak zachęcić wiernych do uczestnictwa w nich?

– Po pierwsze, tak od strony organizacyjnej, przypomnę, że nie można organizować rekolekcji kerygmatycznych, jeśli najpierw samemu nie zostało się zewangelizowanym. Wtedy bowiem byłaby to tylko katecheza na temat kerygmatu. Tymczasem trzeba go przecież głosić. Uważam, że nie trzeba nikogo zachęcać, żeby przyszedł na takie rekolekcje. Kiedy bowiem jest miód, to natychmiast zlatują się do niego pszczoły. Jeżeli więc naprawdę mamy miód Słowa Bożego, to ludzie natychmiast do niego przyjdą.





Przewodnik Katolicki 49/2013 » http://www.przewodnik-katolicki.pl/nr/wiara_i_kosciol/zanim_zgubi_nas_rutyna.html

 

Znak roku OŻK 2018
"Młodzi w Kościele"

Podziel się kromką Słowa!

 

Słowo o nas i naszym logo.

Modlitwa zawierzenia

serdecznie poleca strony:

stat4u

 

Wsparcie i patronat: